7 ciekawostek po 7 dniach w Melbourne

Tydzień to na pewno niewystarczająco, żeby dobrze poznać miasto, jego mieszkańców i zwyczaje. Pierwsze wrażania mają jednak swój niezastąpiony walor świeżości. Ciekawe jak sama spojrzę na te obserwacje pod koniec pobytu.

  1. No worries

To niewątpliwie najczęściej używane przez Australijczyków wyrażenie, co idealnie oddaje też ich podeście do życia i wszechobecną beztroskę. W języku potocznym oznacza czasem „ok”, czasem „proszę bardzo”, a czasem nie więcej niż przecinek. Czy to nie wspaniałe, że język tak odzwierciedla narodowe cechy? Może też pozbylibyśmy się wszystkich zmartwień, gdybyśmy powtarzali to sobie nawzajem w co drugim zdaniu.

  1. Tylko kawa czy coś jeszcze?

Temat kawowego kultu zgłębiłam już dość dobrze przed przyjazdem, ale i tak dałam się zaskoczyć. Kawa to w Melbourne naprawdę świętość, a dobrą kawiarnię można znaleźć znacznie szybciej niż sklep spożywczy. Są wszędzie – nawet w małych bocznych uliczkach, schowane wśród jednorodzinnych domków. Mimo, że w większości serwują tez śniadania, lunche, soki i wiele innych rzeczy, kelner podając menu najpewniej zapyta:  „tylko kawa czy coś jeszcze?”.

  1. Od 6 do 16

Mimo, że kawiarni jest tu pewnie niewiele mniej niż mieszkańców, trudno o taką, która otwarta będzie późnym popołudniem. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu większość czynna jest do 16, za to od 7 albo nawet 6 rano. Restauracje i puby zapełniają się za to raczej późnym wieczorem, więc jak na razie tajemnicą pozostaje dla mnie co lokalsi robią między 16 a 19 i dlaczego nikt nie chodzi na kawę po pracy.

  1. Od 18 do 35

Takie różnice temperatur zdarzają się z dnia na dzień, a nawet z godziny na godzinę. Chociaż jak na razie miałam szczęście do pogody i tylko raz padało, zauważyłam już dlaczego mówi się tu o czterech porach roku w ciągu jednego dnia. Pogoda to podobno jedyny czynnik który trzyma Melbourne o krok od zwycięstwa w przeróżnych rankingach na najlepsze miasto świata. Zimny wiatr od oceanu też robi swoje – mimo silnego słońca, udało mi się już raz zmarznąć na plaży. Po raz kolejny przekonałam się, że czy w Afryce czy w Australii i tak lepiej nie ruszać się z domu bez bluzy albo kurtki.

  1. To my mamy autobusy?

Na pierwszy rzut oka komunikacja miejska wydaje się być tu idealna. Na drugi rzut oka okazuje się, że rozbudowana sieć tramwajowa ma swoje wady. Poza ścisłym centrum tramwaje poruszają się tylko po liniach północ-południe, wiec chcąc przedostać się w poprzek miasta, trzeba skorzystać z autobusów. Te natomiast nie są już tak przyjazne dla nowicjuszy jak tramwaje – jeżdżą rzadko, spóźniają się i  pędzą omijając większość przystanków, bez jakiegokolwiek oznaczenia trasy i obecnego miejsca na niej. Lokalsi korzystają z nich niechętnie, a niektórzy zapominają nawet podobno o ich istnieniu. Małymi krokami udaje mi się je jednak  oswoić – dzisiaj odkryłam na przykład zależność między ich numeracją a rozłożeniem tras. Może w nadchodzącym tygodniu uda mi się opanować jeżdżenie nimi  bez panicznego sprawdzania w telefonie położenia na mapach google.

  1. Hotele w barach

Okolica, w której mieszkam należy do popularnych wśród mieszkańców, ale zdecydowanie nie turystycznych. Mimo to gęsto tu od szyldów „Hotel X lub Y”, wiszących nad wejściami do miejsc oferujących klientom raczej piwo niż łóżko. Na szczęście zanim zaczęłam mówić „hotel” na pub, myśląc, że to przyjęte określenie w australijskim angielskim, upewniłam się o co chodzi. To jednak psikus historii, a nie języka – mijane przeze mnie bary rzeczywiście były kiedyś barami hotelowymi. W większości przypadków okazały się bardziej dochodowym biznesem niż oferowane nad nimi usługi noclegowe, ale nazwy pozostały. Niektóre podobno dalej łączą obie funkcje. Nie sądzę, żeby zarabiały na turystach, ale może na klientach potrzebujących drzemki po jednym piwie za dużo? Skoro mamy bary w hotelach to czemu nie hotele w barach?

  1. Otwarte drzwi

W domu, w którym wynajmuję pokój, drzwi są bez przerwy otwarte na oścież (chyba że nikogo nie ma). Chociaż zapraszamy w ten sposób przede wszystkim świeże powietrze, ktokolwiek inny może też wejść razem z nim. Otwartość Australijczyków można odczuć naprawdę na każdym kroku i chyba nic nie cieszy ich tak, jak przyjezdny wychwalający ich ukochane miasto. Wszyscy są gotowi polecać, pomagać i doradzać, dzięki czemu bardzo szybko można poczuć się tu jak w domu. Formalna aklimatyzacja, chociaż standardowo trochę uciążliwa, mimo wszystko przebiega bardzo sprawnie. Po tygodniu pobytu mam już nie tylko konto w banku, ubezpieczenie i numer telefonu, ale też mieszkanie, pracę i numery identyfikacji podatkowej. Okazuje się, że trudności kończą się na dostaniu odpowiedniej wizy – potem Australia nie tylko szeroko otwiera drzwi, ale też wyciąga ręce na powitanie.

3 myśli na temat “7 ciekawostek po 7 dniach w Melbourne

  1. Pani MILENO dobrze potrafi Pani przybliżyć ” klimat” Australii i zachęcić do jej poznawania.
    Z dużą chęcią będę śledzić nowinki z Pani wyprawy.
    Trzymam kciuki! POWODZENIA!

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s