W pogoni za lokalsami

TURYSTA – osobnik odbywający wycieczkę poza stałe miejsce zamieszkania, wyposażony w czapkę z daszkiem, przewodnik, plecak oraz selfie stick (w wersji przed aktualizacją – w aparat na szyi). Zainteresowany robieniem zdjęć przy każdej popularnej atrakcji, kupowaniem pamiątek i przepłacaniem za restauracje obok zabytków ; synonim – lamus ; antonim – lokals ; określenie pejoratywne – zalecana ostrożność w użyciu.

Byleby odkryć coś nieturystycznego.

Zdałam sobie sprawę, ze już od dłuższego czasu to główny cel moich przygotowań do każdego wyjazdu. Nic trudnego jeśli jest to wyprawa na kilka miesięcy (właściwie wystarczy na 3 tygodnie – kiedyś obliczyłam, ze to minimum żeby w sposób naturalny poczuć się w mieście jak lokals). Znacznie trudniej, jeśli pobyt ogranicza się do weekendu albo kilku dni.
Najprostszy sposób to oczywiście znać (albo poznać) lokalsów, ale to tez żadna gwarancja. Nie każdy miejscowy interesuje się miejskim życiem i nie każdy ma czas i energię na jego śledzenie. Na szczęście na pomoc przychodzą internet, a szczególnie blogosfera, a także alternatywne przewodniki wszelkich rodzajów, robiące coraz większą furorę właśnie dzięki anty-turystycznemu trendowi.

Jeszcze niecałe 5 lat temu w Pradze, gospodarz na couchsurfingu nieśmiało testował na mnie i znajomych swój pomysł na nietypową wycieczkę. Oprowadził nas po blokowiskach ze street artem, komunalnych warzywniakach, squotach i ciekawych barach. Zupełnie za darmo – oczekiwał tylko naszej opinii czy to się w ogóle sprawdzi. Jestem pewna ze w ciągu minionych 5 lat albo rozwinął z tego bardzo intratny biznes albo wykosiła go konkurencja.
A tym samym wszystkie ukryte miejsca, które pokazywał nam wówczas jako „prawdziwą” i wolną od turystów Pragę, zapełniły się już pewnie wycieczkami kierującymi się do nich zaraz po wizycie na Starym Mieście. Lokalsi, narzekając na turystów, przenieśli się więc w inne miejsca. Anty-turystyczni przyjezdni pospieszyli w ich ślady. Pochwalili się swoimi zdobyczami na Instagramie i blogach, a tym samym ściągnęli za sobą rzesze kolejnych osób, co zmusiło lokalsów do kolejnych zmian. Koło się toczy.

Może to pozornie bezsensowny proces, ale nie sądzę żeby było w nim coś złego. Wręcz przeciwnie – myślę, że poszukiwanie tego, co ukryte w mieście, jest w pełni uzasadnione chęcią poznania jego prawdziwej twarzy. Turystyczne atrakcje to pięknie wysprzątany przed wizyta gości salon – podążając śladami lokalsów wchodzimy tez za zamknięte drzwi sypialni.

Tylko czy to znaczy, ze salon jest zupełnie niewarty uwagi?

W ostatnią sobotę dokonałam odkrycia będącego prawdziwym trofeum w pogoni za lokalsami. Dzień otwarty wszystkich artystycznych studio w mojej okolicy był wydarzeniem absolutnie niszowym. Jego marketing ograniczał się chyba do kilku ulotek rozłożonych w pobliskich kawiarniach i akurat miałam szczęście trafić na jedną z nich. W ostatnią niedzielę jeździłam wagonikiem po starej kopalni złota w Sovereign Hill – chyba najbardziej turystycznej atrakcji w całym stanie Victoria. Pewnie, ze sobota wygląda znacznie lepiej na Instagramie. Ale w niedzielę też poznałam kawałek lokalnej historii i kultury, a przede wszystkim – po prostu dobrze się bawiłam.

Gońmy dalej za lokalsami. Ale nie po to, żeby za wszelka cenę nie być turystą.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s