W poszukiwaniu adrenaliny

Pamiętam dokładnie, że miałam wtedy urodziny. Dwunaste? Trzynaste? Właściwie to bez znaczenia, na pewno mieściłam się wówczas w kategorii „niepewna siebie i względnie nieśmiała nastolatka”. W ramach kolonii we Włoszech pojechaliśmy na wycieczkę do parku rozrywki Mirabilandia, pełnego roller-coasterów i innych maszyn, które zachowawczo wolałam zawsze wcześniej omijać. Po tylu latach dalej dokładnie pamiętam, jak postanowiłam sobie, że urodziny to dobry moment, żeby pożegnać się z lękami i nieuzasadnionym podejściem „to nie dla mnie”. Poszłam na wszystkie najwiekszę, najszybsze i najstraszniejsze maszyny. I poznałam moją wielką miłość – adrenalinę.

Nie wiem od czego to zależne, ze niektórzy potrzebują jej więcej niż inni (hormony są absolutnie fascynujące, szczerze zazdroszczę lekarzom, ze tyle o nich wiedzą). Podobno naprawdę można się od niej uzależnić, ale grozi to raczej uprawiającym regularnie sporty ekstremalne, niż poszukującym ekscytujących przeżyć i wrażeń. Tym drugim bardzo często nie towarzyszy tak naprawdę prawie żadne obiektywne ryzyko, a skok na bungee jest statystycznie bezpieczniejszy niż podróż samochodem po autostradzie.

No ale statystyki statystkami – nawet jeśli strona internetowa krzyczy na czerwono o stuprocentowej gwarancji bezpieczeństwa, nie jest łatwo skoczyć w ponad 200 metrową przepaść. Mi bardzo pomogła świadomość, że jeśli nie skoczę sama, sympatyczni panowanie z obsługi i tak mi w tym „pomogą”. Po ponad dwóch latach dalej doskonale pamiętam ten silny, wewnętrzny zastrzyk adrenaliny, kiedy stałam już na krawędzi najwyższego mostu z bungee na świecie, a panowie zaczęli odliczanie. Kilka sekund później nie myśli się o strachu ani wysokości – nie myśli się w ogóle. Będąc głową w dół nie czuje się nawet charakterystycznego dla przejażdżki roller-coasterami skurczu w żołądku – grawitacja działa na naszą korzyść i po prostu lecimy.

Skok na bungee polecam z pełnym przekonaniem, ale nie w każdym miejscu i nie każdemu. Chociaż popieram pracę nad sobą i pokonywanie własnych słabości, myślę że dla niektórych taka atrakcja może być zbyt dużym wyzwaniem i nie ma sensu zmuszać się do niej na siłę. Dlatego też taką decyzję każdy musi podjąć indywidualnie, a namawianie innych do czegokolwiek na pewno jest w takich przypadkach niewskazane.

Jeśli chodzi o miejsce, uważam że wartość tego przeżycia to nie tylko to co czujemy, ale też to co widzimy. Atrakcje tego typu nie należą do tanich i słyszałam już o osobach, które rozczarowały się kilkusekundowym skokiem z dość niskich a drogich miejskich mostów i dźwigów. Oczywiście takie bungee tez może być niesamowitym doświadczeniem, ale jeśli tylko ma się taką możliwość, polecam spróbować po raz pierwszy w miejscu gwarantującym widoki, które zapierałyby dech w piersiach nawet gdyby nie zrobił już tego wcześniej sam skok.

Wszystkim odwiedzającym RPA i tamtejszy Szlak Ogrodów bez wahania polecam bungee Faceadrenalin, z którego sama korzystałam. Dowód na widoki tutaj:

Dwa lata to bardzo długa przerwa od porządnej dawki adrenaliny. Dlatego już niedługo relacja z kolejnego skoku. Tym razem Australia zamiast Afryki. I spadochron zamiast liny.

Jedna myśl na temat “W poszukiwaniu adrenaliny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s