Australia na talerzu

Podróże to próbowanie świata – też w dosłownym sensie odkrywania jego smaków. Na przekór globalizacji i fast foodowym sieciom mnożącym się w każdym zakamarku globu, kulinarne zwiedzanie chyba wciąż zyskuje na popularności. Wpisuje się to niewątpliwie w szersze trendy. W czasach food pornu, świadomego żywienia i Master Chefa królującego w rankingach oglądalności, coraz częściej nie jemy żeby żyć. Żyjemy żeby jeść.

Stwierdzenie, że podróżuję żeby jeść byłoby lekką przesadą, ale zdecydowanie uwielbiam poznawać miejsca i kultury „od kuchni”. Nawet jeśli, jak Australia, nie słyną z charakterystycznych dań i smaków. Kulinarne zwiedzanie to w końcu nie tylko dosłowne próbowanie, ale też obserwacje trendów i zwyczajów.

Jaka jest więc Australia na talerzu?

1.Kawa i all day breakfast

img_0200

Na słodko, na słono, o każdej porze dnia i nocy. Gdyby Australijczycy mieli wskazać swoją narodową potrawę pewnie byłoby nią śniadanie. Jajka na sto sposobów, awokado, halloumi, bekon. Owsianki, granole, placki i owoce. Śniadaniowe burgery,  bourrito  i kanapki. W menu licznych kawiarni serwujących all day breakfast znajdziemy naprawdę wszystko, a czegokolwiek nie zamówimy, rozmiar, smak i wygląd dania pewnie i tak przerosną nasze oczekiwania.  Śniadanie ma być duże, długie (czas mierzy się liczbą wypitych kaw), a przede wszystkim – musi dobrze wyglądać na Instagramie. Śniadaniowe dzieła sztuki, które wystarczająco zachwycą zjadających, można potem podziwiać m.in. na tym profilu.

Wskazówki praktyczne:

– większość kawiarni serwujących śniadania jest czynna od 6.00 lub 7.00 rano, do 16.00
– porcje są zazwyczaj naprawdę duże, więc spokojnie zaspokoją nawet większy głód w porze lunchu
– ceny (pomijając fast foody i wykwintne restauracje) wahają się od ok. 7 do 20 dolarów za danie, a ich wzrost niekoniecznie idzie w parze z jakością. Warto trochę się przygotować, zrobić research i zerknąć w menu w internecie
– mimo wielu gastronomicznych aplikacji-wyszukiwarek, ja do szukania śniadań polecam mniej popularną, kawową wyszukiwarkę Beanhunter. Do tej pory mnie nie zawiodła – trop świetnej kawy prowadzi do świetnego jedzenia.

2. Azja, Włochy i reszta świata

IMG_0730

Koreańska, tajska, wietnamska, indonezyjska, indyjska, japońska – wszystkie smaki Azji zdecydowanie królują w Australii w rankingu popularności. Występują wszędzie i we wszystkich możliwych formach  – od sieciówkowych fast foodów z sushi i spring rollsami, przez małe knajpki z ładnym logo, po rodzinne biznesy Azjatów, popularne raczej ze względu na smakowe niż estetyczne walory. Po piętach depczą im Włosi, szczególnie w mniejszych  miastach, jak Airlie Beach na wschodnim wybrzeżu. Chociaż pewnie wiele włoskich restauracji ma na celu złapać turystów na międzynarodowe uwielbienie dla pizzy i makaronu, znaczna część z nich jest w 100% autentyczna. W Melbourne Włosi od wielu lat stanowią jedną z najliczniejszych mniejszości, a włoska dzielnica Carlton pęka w szwach od lodów, kawy, butów i glutenu.

Azjatycko-włoska dominacja nie oznacza oczywiście, że trudno w Australii o inne kuchnie świata. Szczególnie w bardzo kosmopolitycznym Melbourne, etniczny mish-mash gwarantuje różnorodność oferty kulinarnej. Polskie akcenty też są – najbardziej popularny wśród lokalsów to Borsch, Vodka and Tears. 

Wskazówki praktyczne:

– w Australii nie zostawia się napiwków, chyba że chcemy naprawdę szczególnie wynagrodzić obsługę, która będzie tym raczej mocno zaskoczona
– część restauracji, szczególnie w mniejszych miastach, zamyka kuchnię między porą lunchu i kolacji
– lekko obskurne azjatyckie bary serwują czasami wyśmienite jedzenie
– poza międzynarodowymi, opartymi na recenzjach wyszukiwarkami jak yelp, tripadvisor i zomato, szukając restauracji w Sydney, Melbourne, Brisbane albo Perth lepiej zajrzeć na The Urbanlist. To prawdziwa skarbnica porad i wskazówek, także o pozostałych aspektach australijskiego wielkomiejskiego życia.

3. Organic i bez glutenu

Plik_000 (2).jpeg

Międzynarodowy trend zdrowego i świadomego żywienia opanował Australię, szczególnie w dużych miastach. Niezależnie od tego jak bardzo wymyślna i ograniczona nie byłaby nasza dieta, najprawdopodobniej znajdziemy restaurację, która serwuje właśnie takie dania (a jeśli nie, każdy szef kuchni pewnie z przyjemnością je przygotuje i od razu doda do stałego menu). Wiele miejsc już w karcie podaje dokładny skład potraw, ich wartości energetyczne, a często też źródło wykorzystywanych składników. Produkty w sklepach spożywczych nie pozostają w tyle – poza znanymi nam w Europie etykietom określającym wartości odżywcze, Australijczycy oznaczają też wszystko gwiazdkową skalą zdrowia. Od 1 do 5, przy czym 1 to snickers, a 5 świeży warzywny sok.
Co ciekawe, moda na świadome żywienie raczej nie wpłynęła negatywnie na popularność fastfoodów. Wręcz przeciwnie, ich różnorodność i częstotliwość występowania jest tu wyjątkowo duża. To tak gdyby między zielonym koktajlem i bezglutenowym vege burgerem naszła kogoś ochota na frytki.

Wskazówki praktyczne:

– wartość energetyczna jest tu oznaczana przede wszystkim w kJ. Warto wiedzieć, że 100 kJ to ok 25 kcal
– sklepy ze zdrową i organiczną żywnością mają ceny bardzo zbliżone do tych w supermarketach. Nie trzeba ich omijać ze strachu przed stanem portfela
–  prawie wszystko i prawie wszędzie jest dostępne w wersji bezglutenowej
– bardzo dobrą i bardzo tanią marką spożywczą jest dostępna w ALDIM autorska marka „organic”

4. Alkohol BYO

Plik_000 (4)

Ceny alkoholu w Australii są zaskakująco wysokie, szczególnie biorąc pod uwagę, że wino jest produkowane lokalnie. Drogo jest szczególnie na mieście – w restauracjach średniego standardu za kieliszek wina albo małe piwo zapłacimy nie mniej niż 8-10 dolarów. W sklepach ceny wina rozpoczynają się od ok. 7 dolarów za butelkę, a piwa od 4 dolarów za butelkę 0,3l. Licencja na sprzedaż alkoholu jest również droga, dlatego też wiele miejsc, szczególnie kuchni azjatyckiej, wybiera politykę BYO, czyli Bring Your Own w odniesieniu do alkoholu. Czasami, ale nie zawsze, trzeba wówczas zapłacić niewielkie korkowe.

Wskazówki praktyczne:

– spożywanie alkoholu w miejscach publicznych jest w Australii co do zasady zabronione, ale dozwolone w wyznaczonych obszarach w wyznaczonych godzinach (najczęściej wyłącznie w ciągu dnia). Warto czytać znaki albo naśladować Australijczyków – mają w zwyczaju przestrzegać zasad.
– małe piwo to rozmiar 0,2l, standardowe 0,3l, a 0,5 l duże i występujące rzadko
– supermarkety i inne sklepy spożywcze nie sprzedają alkoholu – kupuje się go wyłącznie w sklepach monopolowych. Można je jednak bez problemu znaleźć w sąsiedztwie każdego marketu.

5. Tak samo, a jednak inaczej

Plik_000 (3).jpeg

Globalizacja robi swoje – w każdej części świata na sklepowych półkach znajdziemy te same znane marki, a w centrum handlowym nie będziemy pewni czy jesteśmy w Melbourne, Warszawie czy Paryżu. Jednak im dłużej patrzymy, tym więcej dostrzegamy różnic i szczegółów, a odwiedzany codziennie supermarket zaczyna odkrywać przed nami swoje ciekawostki.
Jabłka droższe od pomarańczy, ser halloumi tańszy od żółtego sera… Australijski rynek spożywczy ma swoje osobnicze cechy charakterystyczne, co nie powinno dziwić w obliczu jego geograficznej lokalizacji. Znakomita większość produktów jest produkowana lokalnie w Australii, czasami jednak na wzór produktów europejskich. Szczególnie na nabiale znajdziemy oznaczenia european favourite albo european style.

Wskazówki praktyczne:

– najwięcej czasu zajęło mi poszukiwanie idealnego jogurtu naturalnego. Australijczycy upodobali sobie jogurt grecki, za którym osobiście nie przepadam, i trudno znaleźć na sklepowej półce coś innego. Jogurtowe zmagania zakończyły się jednak sukcesem – jogurty oznaczone jako POT SET mają smak i konsystencje najbardziej zbliżone do znanych nam z Polski. Część z nich posiada wspomniane już oznakowanie european style
 najtańszy supermarket to ALDI, ale jego asortyment (poza świetną organiczną marką) jest bardzo ograniczony. W Coles albo Woolworths zapłacimy niewiele więcej, a wybór zwiększa się ogromnie

6. Chlebie, gdzie jesteś?

artur-rutkowski-112531.jpg

Przepraszam, że Cię nie doceniałam. Przepraszam, że Cię nie jadłam. Szczerze żałuję każdej kromki odrzuconej na rzecz wafla ryżowego…

Od kiedy zaczęłam wyjeżdżać z Polski na dłużej niż kilka tygodni zostałam chlebowa patriotką. Do tej pory nie znalazłam miejsca na świecie, w którym jakieś pieczywo smakowałoby tak, jak nasz lokalny razowiec. Australijska moda na slow food i organic wprowadziła co prawda alternatywy dla paczkowanego, ważnego 2 miesiące chleba tostowego – chleb na zakwasie to teraz szczyt mody i spożywczy towar luksusowy. Jednak nawet kosztujący bagatela 8 dolarów bochenek organicznego, żytniego sourdough nie umywa się do chleba z dowolnej polskiej piekarni.

Wskazówki praktyczne:

– jeść, doceniać i promować polski chleb. I kropka.

 

6 myśli na temat “Australia na talerzu

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s