Prawdy australijskiej ulicy

Czas, który spędziłam w Australii na pracy to czas spędzony na ulicy. W upale, w deszczu i w rękawiczkach, przed dworcami, supermarketami i biurowcami, w centrum Melbourne, na przedmieściach, a nawet w Canberze. Stałam na ulicach i prosiłam o pieniądze. A dokładniej o numery kart kredytowych.

Praca fundraisera to ciężka praca. Wymaga zdrowych nóg, grubej skóry i silnej motywacji, którą daje tylko wiara w słuszność celu. I chociaż na koniec dnia najwięcej satysfakcji dawała mi właśnie świadomość, że dzięki moim staraniom pomoc humanitarna ONZ ma trochę więcej funduszy na działanie, długie godziny bez fundraisingowych sukcesów nie były zupełnie bezowocne. Nie ma lepszego sposobu na poznanie lokalnego społeczeństwa niż rozmowy i obserwacja, a całymi dniami w pracy rozmawiałam z przechodniami albo ich obserwowałam. Poznawałam ich poglądy polityczne, styl życia i zwyczaje żywieniowe. Zaczepiałam, pytałam, a przede wszystkim słuchałam – opinii, problemów i niezliczonych życiowych historii, czasem prywatnych, czasem zbiorowych.

Czego więc dowiedziałam się na australijskich ulicach?

  1. Większość społeczeństwa wspiera organizacje charytatywne jak tylko może

Statystyki potwierdzają – Australijczycy to jeden z najhojniejszych narodów. Jeśli ktoś nie wierzy statystykom, ja też potwierdzam – Australijczycy to jeden z najhojniejszych narodów, a hojność ta udziela się większości imigrantów przyjeżdżających na krócej lub dłużej. Wydaje się oczywistym, że to zasługa wysokich zarobków i ogólnego narodowego dobrobytu, ale to tylko proste wnioski na pierwszy rzut oka. Po kilku pierwszych dniach w pracy oduczyłam się oceniania na podstawie wyglądu i strategii zatrzymywania tylko potencjalnie zamożnych przechodniów. Organizacje charytatywne są w Australii wspierane też przez studentów, emerytów, samotne matki, wielodzietne rodziny, bezrobotnych a nawet bezdomnych. Wraz ze wzrostem miesięcznego przychodu wzrasta liczba wspieranych organizacji, ale pierwszy poziom to jeden, nie zero. Skuteczność fundraisingu? Wrodzona hojność? Presja społeczna? Zwyczaj? Cokolwiek nie byłoby powodem, patrzmy i uczmy się.

  1. Klasa średnia ma się w najlepsze

Mimo mojej wielkiej niechęci do określenia podziały klasowe trudno udawać, że takowe w społeczeństwach nie istnieją. Można mówić o grupach, warstwach czy szczeblach, ale ostatecznie każde z tych słów brzmi tak samo źle i w każdym chodzi o to samo. To, co może się jednak różnić to czynniki kształtujące owe podziały, a obserwacje Australijczyków skłoniły mnie do przemyśleń, że ich czynniki i podziały niewiele mają wspólnego z naszymi. Chociaż moja wiedza o Amerykanach jest wyłącznie wtórna, to co zobaczyłam w Australii najbardziej przypomina to co mówi się i czyta o przedkryzysowej klasie średniej z amerykańskich snów. Urodzenie niewiele znaczy, każdy ma szansę na przyzwoite życie, a pracowników fizycznych stać na dom i wielki lunch na mieście. Przerwy lunchowe panów w żółtych kamizelkach były moją ulubioną porą w czasie dnia pracy – gdy tylko się najedli, z radością zapisywali się na regularne finansowe wsparcie dla uchodźców.

  1. Podział dzielnicowy w Melbourne jest bardzo wyraźny

Codzienne zmiany miejsca pracy dodały moim obserwacjom bardzo cennej różnorodności – zdarzyło mi się spędzać całe dnie w dzielnicach, w których raczej nie bywa nikt, poza ich mieszkańcami. Dzięki temu upewniłam się w swoich obserwacjach o silnym podziale dzielnicowym Melbourne, o którym więcej przeczytacie tutaj. W mieście tak rozległym terytorialnie i tak różnorodnym kulturowo, kilkanaście minut w pociągu (lub kilkadziesiąt w tramwaju) to często wycieczka w trochę inny świat. Zmieniają się natura i architektura, restauracje i ceny, zmieniają się nawet języki szyldów i przechodniów. Z Chin do Włoch, z Włoch na Bliski Wschód, a dalej do Indii albo do Berlina. Cały świat w australijskiej pigułce.

  1. Australijczycy są mniej tolerancyjni niż mogłoby się wydawać…

… szczególnie biorąc pod uwagę, że poza kilkoma procentami Aborygenów, cała reszta społeczeństwa to w pewnym sensie imigranci. W młodym społeczeństwie, które od niecałych 200 kształtuje się jako mieszanka narodowości i kultur, wszystko jest skomplikowane. Czy potomkowie Włochów lub Greków są mniej australijscy niż potomkowie Brytyjczyków, którzy dotarli do Australii zaledwie kilkanaście lat przed nimi? Co definiuje narodowość? Ile pokoleń musi minąć? A może wystarczy decyzja administracyjna w postaci paszportu lub pozwolenia na pobyt stały? Z takiego bałaganu pojęć i poglądów są dwie drogi wyjścia. Jedna prowadzi przez pełną tolerancję i otwartość kulturową, druga przez zamknięcie oczu, głów i granic. Niestety coraz większa część społeczeństwa zapomina o własnej historii i woli zamykać wszystko co się da.

  1. Geograficzna izolacja to niekoniecznie izolacjonizm z wyboru

Australię wyobrażamy sobie często jako Nibylandię, oddaloną od reszty świata i jego problemów. Rzeczywiście, izolacja geograficzna ma wiele politycznych zalet, ale nie jest jednoznaczna z polityką izolacjonizmu i ignorancji. Tak, jak w XX wieku Australijczycy brali udział w obu wojnach, tak i teraz czują się częścią zachodniego kręgu cywilizacyjnego – na dobre i pewnie też na złe. Sprawy zagraniczne wyprzedzają w wiadomościach sprawy wewnętrzne, a prawie każdy zatrzymany przechodzień jest świadomy tego co dzieje się w Europie, w stopniu na pewno nie mniejszym niż statystyczny Europejczyk. Oderwanej od rzeczywistości Nibylandii niestety w Australii nie znajdziemy. Polecam natomiast szukać jej w Nowej Zelandii – z krótkiego pobytu i obserwacji wieczornych wiadomości wydaje mi się być właśnie w krainie Śródziemia.

  1. Otyłość to duży problem społeczny

Chociaż obserwacje zwyczajów żywieniowych niewiele mają wspólnego z poprzednimi, kwestie te nurtują mnie w równym stopniu. Większość ciekawostek o australijskich talerzach zebrałam już tutaj, ale czas spędzony na przedmieściach i w mniejszych miejscowościach doprowadził mnie też do trochę smutniejszych wniosków. Brak tradycyjnej, domowej kuchni skutkuje niestety nie tylko rozkwitem i różnorodnością gastronomicznej sceny – dla osób nie posiadających czasu lub funduszy na jedzenie na mieście, oznacza fast foody, półprodukty i jeszcze więcej fast foodów. Wysportowana sylwetka surfera to niestety w Australii wyjątek, nie reguła. Nawet jeśli Melbourne szaleje na punkcie bezglutenowej organicznej diety, bardzo wiele otyłych rodzin wychodzi z supermarketów z wózkami pełnymi zgoła innych produktów.

  1. Australijczycy dużo podróżują

Właściwie dookoła świata. Wszędzie, tylko nie po Australii. Początkowo nie mogłam uwierzyć, że większość zagadanych dwudziestoparolatków była w Europie, USA, a  przynajmniej w Indonezji, ale nigdy nie wystawiła w Australii nosa poza swój stan. Po mojej podróży wschodnim wybrzeżem byłam w stanie bardziej zaskoczyć ich opowieściami o tropikalnych lasach Queensland niż o francuskich Alpach albo wyspach greckich! Później przypomniałam sobie, że nigdy nie byłam w Bieszczadach. I przestałam się dziwić. I napisałam post o patrzeniu na własne podwórko.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s