O Strijp-S w Eindhoven, betonie i architekturze.

Jeśli 1 to zupełny tumiwisizm, a 10 spędzająca sen z powiek fanatyczna fascynacja, swoje zainteresowanie architekturą oceniam w tej skali na 6 (tak naprawdę to na 5, ale potem pomyślałam, że brzmi to zbyt asekuracyjnie i nijako, a nikt nie będzie czytał bloga kogoś nijakiego). Przechodząc jednak do oceny opisowej – wiedzę teoretyczną w tej dziedzinie zawdzięczam lekcjom plastyki w gimnazjum (to się nazywa sukces edukacyjny, jeśli nawet obudzona w środku nocy rozróżnię kolumnę jońską o korynckiej albo zaznaczę transept na rzucie gotyckiej katedry) oraz kilku wykładom o architekturze modernizmu, na których dobrze było się pokazać w momencie szczytu popularności książki o Warszawie, która niezaistniała. Jest to więc wiedza podstawowa, wybiórcza, a przy tym zupełnie niepraktyczna, bo chociaż zdarza mi się wypatrzeć w mijanym budynku zastosowanie jednej z zasad Le Corbusiera, wciąż nie mam pojęcia czym jest żel-beton, a określnie to niezmiennie mnie bawi. Na szczęście wśród znajomych (nawet tych, których znam bardzo blisko, a tych których znam jako znajomych na Facebooku to już w ogóle) sporo mam dyplomowanych architektów inżynierów, którzy w momencie osiągnięcia przeze mnie nieruchomościowej dojrzałości, nie pozwolą mi kupić mieszkania z krzywą podłogą lub wybudować domu bez ścian. Mogę więc bezczelnie ignorować teorię i jeszcze bezczelniej dzielić się niepodpartymi nią architektonicznymi przemyśleniami, umieszczając je na wieki w nieskończoności internetu. No cóż, przynajmniej uprzedzam.

Moje architektoniczne przemyślenia nie biorą się jednak znikąd – opieram je na czymś, co ładnie będzie nazwać wiedzą empiryczną. Otóż przez całe swoje życie, trwające na tyle długo, że mimo legitymacji studenckiej nie przysługuje mi już zniżka w PKP, jestem architektury odbiorcą. Właściwie jesteśmy nimi wszyscy, ale jak wiadomo odbiorca-użytkownik może mieć różny status – aktywny, niewidoczny albo zupełnie offline. Z rodzinnymi powiązaniami z Akademią Sztuk Pięknych, generalnym zainteresowaniem kulturą i społeczeństwem oraz umiłowaniem do podróży od dziecka, trudno wylogować się ze świadomego egzystowania w miejskiej zabudowie. Zarówno tej bardzo starej i zabytkowej (tak, już jako dziecko miałam okazję empirycznie przetestować swoją wiedzę o kolumnach i nawach poprzecznych), jak i tej zupełnie nowej, której doświadczamy nie tylko wzrokowo, ale przede wszystkim przez życie codzienne. A to praktykuję obecnie w holenderskim Eindhoven.

Jest tu dzielnica odnowiona na tyle niedawno, że nie była jeszcze gotowa, gdy byłam tu po raz pierwszy (a ponieważ nawet mi samej sprawia trudności rozwiązanie tej temporalnej zagadki, dla ułatwienia powiem, że obecnego kształtu nabrała w 2014 roku). Określenia dzielnica używam niepewnie i zastępczo, aż ja sama albo ktoś mądrzejszy nie wymyśli jak nazywać architektoniczny kompleks, który wyrósł już z bycia osiedlem. Jeśli potrzeba to rzeczywiście matka wynalazku (a przecież przysłowia nie kłamią) na pewno nastąpi to niebawem, bo osiedlo-dzielnice rosną w Europie jak grzyby po deszczu, na post-industrialnej glebie. A właściwie na betonie (czy też żel-betonie?).

Strijp-S, bo on nim cały czas mowa, wyrósł dzięki Philipsowi. Z resztą jak wszystko w Eindhoven – przez cały XX wiek Philips zdążył zjednoczyć tu kilka małych wiosek w miasto, zatrudnić i wykarmić większość jego mieszkańców, aż wreszcie wyprowadzić się na sam koniec stulecia, pozostawiając po sobie High Tech Campus, muzeum, inspirację dla miejskiego marketingu i sporo opuszczonych fabryk. Nie postały puste zbyt długo. Tak jak wszystkie fabryki, stocznie, garnizony, a nawet rzeźnie (patrz pod Poznań) szybko przeszły reinkarnacje, dostając w drugim życiu do wyboru funkcję mieszkalną lub usługową. Trudny wybór – na miejscu budynku, który przeżył swoje z fabrycznym hałasem i brudem, nie wiem czy wolałabym odrodzić się jako piękny loftem, stylowa kawiarnia czy tez przestrzeń wystawowa. Może z niezdecydowania bywają wszystkim naraz, zamieniając się też czasem w kino, sklep z designem albo scenę koncertową. Są po prostu miejscami, które ciesząc się swoim nowym życiem, chcą żeby wszyscy aktywni użytkownicy cieszyli się też w nich własnymi. Na przekór estetyce (w końcu to beton, czy też żel-beton?) i funkcjonalności (jak to ogrzać w zimie?), lgną do nich sprzedawcy i nabywcy pięknych przedmiotów, pięknych smaków i pięknej codzienności.

Wciąż mowa oczywiście o Strijp-S, chociaż już dawno nie tylko o nim. Warszawskie SOHO Factory czy Gdańskie Osiedle Garnizon to tylko dwa z wielu innych przykładów osiedlowo-dzielnicowych kompleksów, które rozwijają się z prędkością światła (nawiązanie do Philipsa zupełnie przypadkowe). Stają się niemalże samowystarczalne – można w nich mieszkać, pracować, spędzać czas aktywnie i pasywnie odpoczywać. Chociaż ten architektoniczny recykling cieszy mnie i fascynuje, w czasie dzisiejszego popołudnia na Strijp-S zadałam sobie odwieczne pytanie – gdzie to wszystko zmierza? Jak wydzielanie się takich dzielnicowo-osiedlowych jednostek wpływa na życie miasta i jego mieszkańców? Czy będą się zamykać, budować wewnętrzne supermarkety i siłownie, aż w końcu stawiać płoty? Rozwijać dalej czy może powoli kończyć drugie życie, bo moda na beton (żel-beton?) przeminie? Na szczęście jako aktywny użytkownik, a nie teoretyk i znawca architektury, mogę bezczelnie pozostawić te pytania bez odpowiedzi. I oczywiście polecić Strijp-S wszystkim odwiedzającym Eindhoven.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s